Najgorzej czułem się w trzeciej rundzie. Siły opuszczały mnie z każdą sekundą. Doszedłem później w mojej kilkunastoletniej karierze do wniosku, że my, technicy, mamy z reguły większe trudności z kondycją podczas walki, niż bokserzy siłowi. Wynika to z większego naprężenia nerwowego. Poza tym, przynajmniej ja osobiście, na każdy atakujący ruch przeciwnika, odpowiadałem aż czterema ruchami. Tak było w moim pojedynku z Miednowem. Cios wymierzony we mnie musiałem najpierw zbić, później wykonać unik, znów uderzyć z kontry i odskoczyć. Zawsze czujnie. A taka czujność kosztuje więcej niż żywiołowy atak...
Wreszcie zabrzmiał gong. Nie byłem przekonany o moim zwycięstwie. Obawiałem się, czy sędziowie dostrzegli, że wyłapywałem najgroźniejsze ciosy Miednowa.
Przyznano mi jednogłośnie zwycięstwo. Na twarzy zawodnika radzieckiego malowało się niedowierzanie, na mojej - chyba także. Już po turnieju, kiedy po dalszych zwycięstwach nad Ambrusem, Van de Kere i Mulliganem zdobyłem tytuł mistrza Europy, zauważyłem podczas bankietu, że trener radziecki przekonuje Wiktora o słuszności werdyktu. Ja natomiast, zbierając gratulacje, niezbyt byłem przeświadczony o mojej przewadze nad nim. Dziś już wiem na czym polegała moja wątpliwość. Nie, panowałem wtedy na ringu nad przeciwnikiem psychicznie. Stąd ta niepewność. | |
|